Co ze mnie za mama

Coś ostatnio ciężko mi idzie to moje macierzyństwo. Mam wrażenie, że nie umiem w dziecko. Nie umiem w żonę, a w kobietę pracującą dom ogarniającą to już w ogóle.

Codziennie oblewam egzamin z macierzyństwa, racząc siebie i córeczkę kolejnymi potknięciami. Nie wiem, może to powakacyjne zmęczenie materiału. A może mój organizm chce mi coś zakomunikować. Szkoda, że w taki sposób.

Smutne oczka wpatrującej się we mnie córeczki jakoś ostatnio szczególnie mnie ruszają. Staram się dbać o to, żeby jej jedynym wspomnieniem z dzieciństwa nie było Agi bagi ze swoją Zebromarchewką, ale coś czas mi się mocno kurczy, a zaległości rosną i rosną…

Pora się ogarnąć. To nic, że pogoda nam w tym nie pomaga. Wczesną jesienią większość z nas zalicza spadki formy. Ale trzeba spiąć cztery litery i jechać dalej. Bo chcę pokazać Zu, że można połączyć ze sobą kilka ról. Może nie uda się każdej z nich ogarnąć perfekcyjnie, ale próbować zawsze można. Przede wszystkim wiem, że nie wolno mi w tym całym bajzlu się pogubić. Codziennie walczę ze zmęczeniem nie tylko dla siebie. Niech malutka ma kiedyś w głowie obraz mamy zasuwającej na wysokich obrotach, ale przy tym nie zapominającej o sobie. I oby kiedyś  ona nie wdepła w macierzyństwo do tego stopnia, że zapomni o tym, kim jest i czego chce. A jak już sobie przypomni, że w sumie to wypadałoby zadbać o siebie, wyjść do ludzi, okaże się, że jest zbyt nudna dla towarzystwa. Ciężko jej będzie samej ze sobą wytrzymać. Widziałam takie kobiety, nie chcę tego ani dla niej ani dla siebie.

Uwierzcie mi, czasem ciężko mi cokolwiek do Was tu nasmarować, bo nie czuję się autorytetem. Ale chcę pokazać, że pomimo zmęczenia i zaliczania dołków, można robić coś fajnego. Z każdego z nich wyjść z podniesionym czołem i cycem do przodu. Tak jak Wonder Woman, a co.

A Wy, lubicie za coś jesień? Bo ja tylko za kolory. I kasztany.

*Zdjęcie popełniła Ania Borkowska

Continue Reading