Ciesz się. Tylko tyle.

Rozpoczynając swój dzień po niespełna pięciu godzinach snu (z przerwami, oczywiście), masz dwa wyjścia- albo do wieczora ubolewać nad swoim losem (kiedy ona wreszcie zacznie przesypiać noce, kiedy wyjdą jej ząbki, ble, ble, ble…), albo spróbować zebrać się do kupy i za pomocą hektolitrów kawy zrobić coś konstruktywnego, choćby to miało być najmniej ambitne zajęcie. Ale je wykonasz. Tak, jak codziennie. Przecież wiesz, że możesz.

Często zastanawiam się, co dzieje się w umysłach ludzi, którzy bycie z dzieckiem przez pierwszy rok jego życia nazywają urlopem macierzyńskim.  Brzmi jak oksymoron i nim jest.  To najbardziej katorżnicza praca, jaką kiedykolwiek wykonywałam. Najbardziej odpowiedzialna. Ale… Właśnie. Jest jedno „ale”. Nie zamieniłabym jej na żadną inną.

Moim zajęciem dnia było nauczenie dziecięcia picia z kubeczka. Udało się. Dzień zaliczamy do udanych. Bo trzeba się cieszyć z małych rzeczy. To taki trening. Stosuję go odkąd liczba osób, dla których rano otwieram oczy, zwiększyła się o 1. Chcę nauczyć to moje małe opakowanie na nasze DNA cieszenia się z małych pierdół. I wdzięczności za każdy udany- mniej lub bardziej- dzień. Bo każdy ma w sobie jakiś pozytywny aspekt. Każdy. Trzeba tylko umieć go znaleźć.

*zdjęcie pochodzi ze strony https://pixabay.com